Gdybym mogła od nowa wychować dziecko...

Gdybym mogła od nowa wychować dziecko...
...malowałabym palcem częściej, niż nim wskazywała.
Mniej bym poprawiała, więcej przytulała.
Zamiast patrzeć na czas, dawałabym sobie czas, by patrzeć.
Mniej bym dbała o to, by wszystko wiedzieć; wiedziałabym raczej, jak lepiej dbać.
Częściej bym się z nim wspinała na drzewa i puszczała latawce.
Przestałabym bawić się w powagę, a poważniej bym się bawiła.
Przebiegałabym z nim więcej łąk i częściej przyglądałabym się gwiazdom.
Rzadziej bym szarpała, a częściej przytulała.
Rzadziej byłabym nieugięta, a częściej wspierała.
Najpierw budowałabym poczucie własnej wartości, potem dom.
Uczyłabym go mniej o miłości do siły, a więcej o sile miłości.
Diane Loomans

06 września, 2011

"Tato, pojedźmy na grzyby!", Markus Majaluoma

     Bycie rodzicem to góra radości, ale i wór zmęczenia, wyrzeczeń, zmian; uporządkowany świat zasad oraz oczywistości nieustannie bywa podważany. To, co niezmienne już nie jest białe lub czarne, lecz zabarwia się szarym pasmem zadziwień. Olaf, Konstanty i Anna Maria (dzieci Pawła Różyczko ) jak wiele pociech ciągle zaskakują nowymi pomysłami nie tylko własnego tatę. Samodzielności ich myślenia sprzyja ogrom dawanej im swobody, rozsadzające ich- zapał i energia oraz wspólne działanie. Ta mieszanina twórczej aktywności mocno kontrastuje ze spokojem zmęczonego pracą taty, będącego symbolem schematyzmu dorosłych, myślących, że już niewiele w życiu może zadziwić. A jednak! Każdy dzień i dużym, i małym Różyczkom przynosi kolejne niespodzianki- w "Tato, popłyńmy na wyspę!" nieoczywisty okazał się skarb popołudniowego spaceru do pobliskiego portu, w "Tato, zbudujmy domek!"- dziecięce i właściwe dorosłym rozumienie zabawy, w ich fabularnej kontynuacji- "Tato, pojedźmy na grzyby!"?
     Życzliwy sąsiad Rurka opowiedział trojgu bosego rodzeństwa o swoich konnych wyprawach na grzyby sprzed lat. Wspomnienie to stało się impulsem do zaproszenia ich taty na grzybobranie. Mimo codziennego zmęczenia pracą nie odmówił- do swojego nowego auta zabierając nie tylko dzieciaki, ale i staruszka Rurkę.  Wcześniej jednak należało się spakować- w charakterystycznym Różyczkom rozgardiaszu bez trudu udało się odnaleźć ekwipunek typowy podobnym wyprawom (atlas grzybów, kosz, kalosze... ), ale i taki, który tylko dzieci uważały za istotny- książkę o dinozaurach, maszt flagowy, kalesony taty... Ta nieco egzotyczna leśna ekspedycja przekomiczne wygląda wśród dostojnej zieleni drzew- pokraczny ojciec z koszykiem w dłoni, maleńcy chłopcy, niosący na ramionach maszt flagowy z Anną Marią, serdeczny Rurka z ogrodowym sekatorem... Coraz bardziej oczywiste się staje, że jesienna wyprawa nie przyniesie koszy zapełnionych grzybami, lecz... Coś znacznie większego, włochatego, co wybujałej wyobraźni bohaterów napędzi strachu, ale i da radość. Rozmiar absurdów rośnie wraz z salwami śmiechu czytelników; czasem zaśmiewać się będą dzieci, innym razem dorośli, różnie przecież patrzymy na te same sprawy, co stara się udowodnić przygoda sympatycznych Różyczków.
     Dzieci pana Pawła są wrażliwe, spontaniczne, mają odwagę w realizowaniu swych nietypowych pomysłów. To dzięki nim groza chwili zostaje zamieniona w śmiech, niepotrzebny maszt znajduje zastosowanie, a przyczepka auta nie wraca do domu pusta! Beztroskie i twórcze dzieciństwo gwarantuje im nie tylko akceptowanie przez tatę absurdalnych pomysłów, ale i wolność, w którą czasem z konieczności rodzice nie ingerują (ponieważ muszą być w pracy ), czułość okazywana pociechom, bycie z nimi. Dorośli przedstawieni są tutaj w sposób karykaturalny, lecz i z sympatią; dzieci mają rację! Wzorem pana Różyczki warto więc wyposażyć się w stoicki spokój wobec zaskakujących pytań, stwierdzeń czy działań własnych pociech- nawet najbardziej absurdalny pomysł może okazać się wart wysłuchania, przemyślenia, czy nawet realizacji!
      Do wszystkich książek z serii "Tato, [...]" chce się wracać, by przeczytać oraz obejrzeć wiele razy! Ich atuty to nie tylko prosty język czy spora dawka humoru, ale i ilustracje autora tekstu. Ogromną rolę odgrywają w nich sugestywnie odmalowane emocje oraz niewpisane w tekst detale- odkrywanie ich sprzyja kolejnej okazji do zabawy z książką Majaluomy. Mimo pastelowych kolorów kipią energią pomysłowych dzieciaków, przeplatającą się z delikatnym akcentem spokoju dorosłych. Groteska, absurd, humor i prostota pobudzają wyobraźnię, zachęcając nie tylko młodych czytelników do twórczego spędzania czasu. To najdoskonalsze panaceum, by w przyszłości samodzielnie umieć zmierzyć się z problemami!
Wydawnictwo: Bona
Rok wydania: 2011
Format: 210x265 mm
Ilość stron: 46
Cena: około 22 zł

2 komentarze:

  1. Kiedy czasem czytam Twoje posty to aż żałuję, że Młody nieubłaganie wyrósł z tych krótkich historyjek, a w pasmie Disney'a zamiast "Złotej Rączki" woli oglądać "Hanna Montana" :( No cóż czasu nie zatrzymam, ale muszę się przyznać, że szkoda mi tych wszystkich książeczek które opisujesz ;) Zwłaszcza ilustracji, bo o dobre ilustracje było znacznie trudniej 5-6 lat temu. Oczywiście lektury 9-latka też mają swoje zalety, ale i tam mogę sobie siąknąć nosem, że "to se ne vrati" ;)
    Co do tej konkretnej, to i tak poszukam jej w bibliotece - może jeszcze się da namówić ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękne książki się teraz wydaje! Niezwykłe ilustracje, mądre, ale i dowcipne teksty... Czasami aż trudno w ich gąszczu wybrać te najciekawsze- tak wiele mnie kusi! Przeżywam przy nich z dzieciakami drugie dzieciństwo- bezcenne dla nas chwile.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...